26 sty 2015

LUSTERECZKO, LUSTERECZKO. POWIEDZ, ŻE CHCESZ BYĆ W PRZEDPOKOJU.


„Biega, krzyczy pan Hilary. Gdzie są moje okulary?! Szuka w spodniach i w surducie, w prawym bucie, w lewym bucie, pod kanapą, na kanapie. Nagle zerknął do lusterka, nie chce wierzyć. Znowu zerka…” Kto tak ma? Przyznać się! Ohoho! Las rąk. 
Jaki z tego wniosek? Bez lustra w domu ani rusz!

Wiesz, o co chodzi. To ostatnie spojrzenie przed wyjściem z domu. Sprawdzasz, czy wszystko jest ok. Czy nie masz resztek obiadu między zębami, a keczup nie zadomowił się na brodzie, albo nie masz kaszki dziecka na ramieniu. Niby małe lusterko sprawę by załatwiło, ale w dużym to się cały z butami zmieścisz! Rany! Ile razy ja buty zmieniałam tuż tuż przed wielkim wyjściem, bo jednak te beżowe bardziej pasują niż czarne (i torebkę też, ma się rozumieć).

To jak duże ma być lustro?
Największe jak się da! Bo oprócz odbicia całej familii to jeszcze powiększysz sobie przestrzeń. No wiem, wiem, to oczywista oczywistość, ale wielu ludzi ma takie małe, wąskie lustereczka, że stanowią one raczej dekorację ściany (albo nawet nie – tylko wypełnienie ściany, żeby pusta nie była) niż przedmiot użytkowy. I tu wcisnę historyjkę jak to u mnie było z lustrem w przedpokoju.

Nie miałam lodówki, zmywarki, mebli, ale lustro musiało być. Jak już zamówiłam moje wielkie lustro i przyszedł wraz z panem Olkiem, stolarzem czas jego powieszenia, pan Olek słusznie zresztą woli się upewnić jak ma powiesić rzeczone lustro.
- Pani Moniko, to na jakiej wysokości?
No to pani Monika, czyli ja stanęła przed tym lustrem i paluszkiem pokazała odkąd dokąd chce je mieć. Mąż wrócił do dom, podziwia i rzecze:
- Widziałaś jak nam lustro powiesili?
- No tak, dobrze jest.
- Eee, no to chodź tu.

Podchodzę, staję obok Męża. Patrzę to na siebie, to na niego. Ups. Ja siebie widziałam. Mąż siebie też. Tyle, że od brody w dół. No cóż, było stać w tej samej kolejce, co ja :)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz